Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Laureatka stypendium artystycznego Marszałka, Sabina Wacławczyk, opowiada o...

czwartek, 19, luty 2015

...projekcie Wandalovym, rozumieniu street artu, zainteresowaniu mediów sztuką (oraz co z tej ciekawości wynika), a także – między innymi – o "od do", cyklu instalacji będących pokłosiem zdobytej nagrody.

 

 

Szczecin Główny: Sabino, zacznę od gratulacji – po raz drugi zostałaś uhonorowana przez Marszałka Województwa Zachodniopomorskiego. Za pierwszym razem wyróżniono Ciebie przy okazji dyplomu na Wydziale Architektury Wnętrz Wyższej Szkoły Użytkowej, tym razem – śmiało mogę to powiedzieć – zawiesiłaś poprzeczkę o wiele wyżej. Uchyl proszę rąbka tajemnicy odnośnie stypendium artystycznego Marszałka Województwa Zachodniopomorskiego za rok 2014 i opowiedz o tym, jak wyglądał proces aplikacyjny.
 
Sabina Wacławczyk: Artyści wnioskujący o stypendium opisują swój projekt artystyczny i składają teczkę dokumentującą ich dorobek twórczy. Teczka nie może jednak ciągnąć się w nieskończoność – należy się zmieścić w zadanej pojemności. I to był dla mnie nie lada orzech do zgryzienia! Nie mogłam pokazać całego  dorobku – musiałam wybierać, odrzucać, decydować: co zaakcentować, a co do teczki nie trafi. To kosztowało mnie dużo namysłu. Po zamknięciu naboru wniosków komisja ocenia poziom merytoryczny przedsięwzięcia, wartość prezentowanego dorobku i wybiera na stypendystów trzy najlepsze osoby.
 
Jak "spożytkujesz" stypendium?
 
Dzięki stypendium powstanie „od do”, czyli cykl trzech instalacji przestrzennych. Na „od do” będzie składać się parędziesiąt obiektów malarskich, o formach inspirowanych maskami teatralnymi. Zostaną wykonane w mojej autorskiej technice, którą uprawiam od paru lat. „od do” powstanie i będzie mieć swoją grudniową premierę w rewelacyjnej postindustrialnej przestrzeni  „OFF Marina Przestrzeń Kultury” w Szczecinie.
 
Czego dotyczyć będzie instalacja, będzie nawiązywać do przestrzeni OFF Mariny?
 
Przedtem, nim złożę wszystkie trzy kompozycje, gotowe już obiekty rozpoczną „wędrówkę” po przestrzeni OFF. Kiedy poznawałam OFF byłam pewna, że ta wędrówka przybierze charakter działań site specific. Nastąpi więc dwustronna interakcja i obustronna korzyść na linii kreacja artystyczna – przestrzeń.
 
Tematem „od do” są niepokojące mnie patologie życia społecznego – na przykład atomizacja jednostek. W tym, co dla mnie ważne, również środowisk twórczych, w których zbyt często cyniczny rywalizacyjny indywidualizm, oraz mechanizmy nieuczciwej konkurencji, wytłumiają autentyczne odruchy twórcze i myślenie o szczerym kształtowaniu kultury.
 
Poznaliśmy się przy okazji Twoich działań w ramach projektu „Wandalovego, akcji społeczno-artystycznej o wandalizmie a rebours”. Co więcej portal SzczecinGłówny.org objął ostatnią edycję (przy okazji Świąt Wielkanocnych) patronatem medialnym. Skąd się wzięło Twoje zainteresowanie wandalizmem, a może trafniej byłoby zapytać: co wzbudziło Twój sprzeciw wobec niego?
 
Wiele spraw związanych z wandalizmem budzi mój sprzeciw – pewnie dlatego, że ja ten problem rozumiem szeroko. Tak więc jestem przeciwna postawie, w której twórca przyznaje sobie prawo do dowolnego ingerowania w przestrzeń miejską, bez zezwoleń i bez świadomości, że jego prace wywołają dyskurs, a nie tylko zachwyty. Ja w Wandalowym propaguję ideę legalności działań street artowych. Promuję gotowość na przyjmowanie krytyki i wiedzę o konieczności obrony swoich działań. Nie byłam też zachwycona marazmem i defetyzmem panującymi w środowiskach twórczych, którym losy estetyki przestrzeni publicznej nie są przecież obojętne. Wandolovy powstał też po to, by scementować wokół sprawy piękniejszego Szczecina zatomizowane dotąd grupy i zasiać wiarę w to, że osiągnięcie pozytywnych zmian jest możliwe. Sprzeciw mój wywołuje również – tu pewnie jestem typowym reprezentantem społeczności – niewystarczająca skuteczność służb miejskich i mundurowych w ochronie i zapobieganiu wandalizmowi. Kiedy zaś już do aktu wandalizmu dojdzie - też niezadowalająca sprawność w ściganiu sprawców oraz opieszałość w przywracaniu zniszczonych miejsc do pierwotnego wyglądu. I nie mam tu na myśli  jedynie spektakularnych aktów dewastacji! Drażnią mnie zalegające śmieci, obskurne nieczyszczone słupy, nielegalne plakatowanie, brzydota zniszczonych przystanków komunikacyjnych. Za wandalizm uważam również zatracanie dziedzictwa kultury – jak w przypadku bolesnych losów amfiteatru na Żydowcach, czy Wież Bismarka i Quistorpa.
 
Działania w ramach „Wandalovego” do tej pory skupiały się na Cmentarzu Centralnym – dlaczego akurat tam? W Szczecinie mamy, niestety, wiele zaniedbanych miejsc, wyglądających gorzej niż – nomen omen – cmentarz.
 
Kolejny raz ktoś pyta o Wandalovy poprzez pryzmat Cmentarza - skorzystam więc z okazji, żeby opowiedzieć o prawdziwym i pełnym obliczu Wandalovego. Ten projekt to o wiele więcej, niż street artowe ingerencje. Od październikowego ukonstytuowania się projektu, grupa Wandalova określa jego rozległą w sumie tematykę. Rozmawiamy długo, nie raz, i poważnie. Najważniejszym, najbardziej palącym tematem określiliśmy oszpecanie miasta nachalną reklamą. Mamy za sobą po pół roku już pierwsze małe sukcesy na tym polu. Choć przed nami jeszcze wiele pracy.  Poświęcaliśmy też dużo uwagi pomysłom, jak  uczyć i  „wychowywać” mieszkańców do dbałości o przestrzeń publiczną metodami pokazywania dobrych wzorców i pozytywnych feed back' ów. Wygląda na to, że osiem miesięcy uporczywego poszukiwania odpowiedzi, jak to zrobić, zaowocuje niedługo niecodzienną inicjatywą, która dotknie przestrzeni całego miasta – nie mogę na razie zdradzić szczegółów. Widzisz, żeby to zrobić, musieliśmy myśleć, znajdować sojuszników i wdrażać – a to nie są pompatyczne ani medialne działania, wiec dużo osób powierzchownie zainteresowanych Wandalovym po prostu o tym nie wie. Marzy mi się również od początków projektu wydarzenie pod hasłem „graffiti”, aby w gronie fachowców przedyskutować, co w ramach street artu jest, a co nie jest wandalizmem i jak sprawić, by negatywnych przejawów sztuki ulicy było mniej.
 
Tak więc nie skupialiśmy się na Cmentarzu, nie wiedzieliśmy, że nas to czeka i to tak relatywnie szybko. Cmentarz przyszedł do nas poniekąd sam. Akurat Wandalova akcja na nekropolii  zyskała ogromny rozgłos w mediach, i poprzez to zostaliśmy skojarzeni z Cmentarzem Centralnym. Z drugiej strony jednak w większości  medialnych informacji o Wandalovym amputowano - ze szkodą dla zrozumienia idei projektu – wszystko, co nie dotyczyło nekropolii. Co zresztą mnie nie dziwi i nie wywołuje we mnie negatywnych uczuć... Media lubią gorące emocje, mocne słowa, palące problemy. Tego nasza akcja na Cmentarzu Centralnym im dostarczyła, chociaż nie to było naszym celem. Jest dla mnie oczywiste, że media nie zwrócą uwagi na tak mało barwne, choć dla mnie ogromnie ważne działania, jak żmudne gromadzenie dokumentacji fotograficznej dla Architekta Miasta o stanie estetyki Szczecina, niejednokrotne spotkania między stowarzyszeniowe czy fakt, że Wandalovy został doceniony jako działanie animacyjne przez twórców NieKongresu Animatorów Kultury w Warszawie. Sam zresztą wiesz doskonale, że Wandalovy wspomaga również działania na rzecz ożywienia i uestetycznienia koszmarnie zaniedbanego szczecińskiego Podzamcza.
 
A wracając do Cmentarza – mamy w Szczecinie według mnie trzy przestrzenie publiczne, które powinny być obiektem wyjątkowej troski, ze względu na ich rozmach, cenne walory kulturowe i estetyczne. Pierwsza to bulwary Wałów Chrobrego, druga to Złoty Szlak, trzecia- to właśnie Cmentarz Centralny, nekropolia o unikatowej w skali europejskiej formie. W każdej z tych przestrzeni dochodzi do wandalizmu w sposób, jaki to rozumie nasz projekt, ale na Cmentarzu skala zjawiska jest ogromna. Wiem, że Cmentarz postrzegany jest jako miejsce piękne. To dobrze. Ale... Wandalovy zajrzał odważnie pod tę politurę, bo artyści z natury mają bardziej wyczulone „radary”, a ten dar, według mnie, zobowiązuje. Odkryliśmy, że wandalizm na Cmentarzu Centralnym jest horrendalny. Codzienność tej przestrzeni to bezczelne kradzieże, wulgarne traktowanie poniemieckich nagrobków w Lapidarium i zabijanie drzew okrutnymi metodami. Na to artyści nic nie poradzą, możemy jedynie bić na alarm. Nas najbardziej w sumie przeraziło to, co robią zwykli użytkownicy tego niezwykłego miejsca: uporczywie je oszpecają. Brudne szmaty i obskurne plastikowe butelki porozwieszane na drzewach, stare zniszczone sztuczne kwiaty poutykane w pięknych, naturalnych pniach drzew i na zadbanych trawnikach, w końcu wyrzucanie śmieci gdzie popadnie, zamiast do gęsto rozstawionych pojemnych śmietników. Pytasz, dlaczego akurat Wandalovy na Cmentarzu?! To wyobraź sobie, że taki krajobraz ze szmat, butelek i śmieci pojawia się nagle na Alei JP II, na Platanach, przy Amfiteatrze, na Wałach Chrobrego, czy na Dziedzińcach Zamku. Nikt by nie zareagował? Jak myślisz? A teraz, uwaga: ja wiem, że na Cmentarzu nie zareagował nikt – oprócz załamujących ręce jego opiekunów z ZUK i Stowarzyszenia na Rzecz Cmentarza Centralnego, których głos dotąd nie rozległ się dostatecznie donośnie. Wandalovy złamał schemat – zareagował. W dodatku zrobił się hałas, chociaż żałuję, że niektóre huki paradoksalnie zagłuszyły nasze idee.
 
Jak wyglądała współpraca z zarządcą Cmentarza? Z jaką reakcją spotykałaś się na początku?
 
Spotkałam się z mnóstwem przychylności, zrozumieniem, profesjonalizmem, autentyczną troską o to miejsce. Dostaliśmy tyle uwagi i pomocy, ile potrzebowaliśmy. Współpraca polegała przede wszystkim na wydobyciu od ZUK jak największej ilości informacji o tym, co dzieje się na Cmentarzu Centralnym niepokojącego, a czego ludzie nie chcą zauważyć.
 
Z jakimi opiniami dotyczącymi projektu Wandalovego się spotykasz? Często słyszysz: „nie warto, odpuść sobie” albo „zostaw to policji”, „oni niczego się nie nauczą”? A może wręcz przeciwnie?
 
W przeważającej ilości przypadków spotykam się z reakcjami pozytywnymi, i to różnej maści – od zainteresowania i poparcia, na zachwytach, gratulacjach kończąc. Kiedy menadżerka kultury z... Krakowa mówi mi, że nasze wlepki na Cmentarzu to świetna sprawa, to buduje to we mnie wiarę w sens projektu. Bo może Cię to zaskoczy, ale pytania „czy warto”, „czy mam prawo to robić”, „ czy mogę w tej sprawie powiedzieć coś ludziom”, to mój ciągły materiał wewnętrzny. To ja jestem tu najczęstszym uporczywym pytającym. Wynika to ze świadomości, że wypowiedzenie swojej postawy w przestrzeni publicznej to nie są działania neutralne. Moja publiczność jest poniekąd bezbronna. Jeśli ktoś nie lubi określonego nurtu sztuki, nie idzie do galerii na określony wernisaż. W street art, chociaż nie są to jedyne strategie tego nurtu, narzuca się swoją wypowiedź odbiorcy, który w miejscu oddziaływania komunikatu znalazł się z intencji nie mającej z działaniem artysty nic wspólnego. Taka wypowiedź street artowa ma jednak sporą zaletę dla twórcy: zawsze przyniesie odpowiedź i nie jestem w stanie przewidzieć, jaka ona będzie. To jest interesujące i szczere.
 
Na temat akcji na Cmentarzu Centralnym Wandalovego pojawiły się oczywiście też opinie pełne defetyzmu oraz opinie krytyczne. Z siejących niewiarę w zmianę często wycieka nie okraszone gratyfikacją zmęczenie – bo ich dotychczasowe metody zawiodły. Autorzy tych drugich zaś to często  pozorni adwersarze, których pozdrawiam i mam nadzieję, pojawi się między nami współpraca. Oni chcą de facto tego samego co Wandalovy – czy to czystości, porządku, czy skutecznych służb miejskich i sprawnej policji – tylko dotarła do nich „dziurawa” informacja o nas i charakterze naszej akcji i wyciągnęli pochopne wnioski.
 
A o co pytają dziennikarze przy okazji działań Wandalovych?
 
Skąd pomysł, po co to robimy, co jeszcze robimy. Co sądzę o graffiti. Inspiracje. Pytają, czy wlepki to nie wandalizm sam w sobie, ja tłumaczę, czym nasze wlepianie różni się od popularnego. Radio TOK FM mnie zaskoczyło, Redaktor spytał, czy noszę w plecaku zestaw wlepek na każdą okazję, na przykład zasmarowany sprayem przystanek czy zbitą szybę.
 
Do kogo tak właściwie skierowane są działania w ramach projektu „Wandalovego”? Odbiorcami mają być ci, co niszczą, czy osoby, które przymykają na to oczy?
 
"Przymykacze" są bardzo ważni. Jak można być obojętnym wobec brudu i brzydoty? Ocena jakości przestrzeni wpływa na ogólne poczucie komfortu życia, a to z kolei reguluje wiele obszarów nie tylko osobistej aktywności. Nie ma sensu przymykać oczu na to, co notorycznie obniża samopoczucie. Gdyby tak zwanych „czyścicieli” (osoby zrywające nielegalne ogłoszenia chałupnicze) były rzesze, miasto byłoby od ręki ładniejsze. Również osoby niszczące estetykę z lenistwa lub bezmyślności, jak specjaliści od śmieci i szmat na Cmentarzu Centralnym, są naszymi adresatami. Mówimy: "na śmieci są śmietniki, a nie krzewy". Ważni są właściciele sklepów itd, których wielu Szczecinian chciałoby prosić o nie zaklejanie szyb i nie zasłanianie elewacji banerami. Ważne są środowiska społeczników, by czuli, że nie są sami. W końcu wszyscy, którzy mają realne możliwości na kształtowanie przestrzeni publicznej Szczecina i służby miejskie – chcemy, by usłyszeli, że nadszedł czas na porządki. Mamy realne szanse na życie w pięknym mieście, ale osiągnąć to można jedynie docierając do wielu środowisk.
 
Działasz artystycznie w przestrzeni miejskiej, traktujesz Cmentarz Centralny czy place i ulice jako potencjalne galerie sztuki... Jednak w świadomości wielu ludzi street art kojarzy się z „bezmyślnymi bazgrołami”. Do tej pory na Wikipedii – muzie gimnazjalistów i licealistów – można przeczytać, że street art jest „formą bezprawnej ingerencji”, a Ty działasz w zgodzie z odpowiednimi podmiotami (przykładem może być Cmentarz Centralny, którego zarządczy gratulowali projektowi oraz zachęcali do dalszych inicjatyw). Nastąpiła jakaś zmiana w rozumieniu tego terminu przez środowiska artystyczne?
 
Tak, tworzę również w nurcie street art – mówię również, bo w sumie jestem artystką multi dyscyplinarną. Tak, propaguję ideę legalnego street artu, po to, by przestał być wandalizmem i nie był z nim kojarzony, by jakość takich działań w przestrzeni rosła. Skoro od lat organizowany jest na przykład we Wrocławiu festiwal Survival, święto street artu i site specific, którego jedną z nieodległych edycji otwierał Prezydent Miasta, to przecież na festiwalu nie mamy do czynienia z bezprawiem. W rozumieniu terminu mamy do czynienia z ignorancją – to na adres cytatu z Wiki, lub z arogancją – to na adres artystów, którzy swojej potrzeby umieszczenia wypowiedzi w przestrzeni poza galeryjnej nie konsultują z właścicielami danego miejsca. Pewnie się na mnie pogniewają, ale ja ten romantyczny rys twórcy kreującego nielegalnie pod osłoną nocy odczuwam jako brak rozsądniejszej strategii. Jeśli zaś chodzi o popularne rozumienie street art' u – kojarzenie go z bazgrołami – wynika to tylko z niskiego poziomu edukacji artystycznej. Świadomi street artowcy też uważają bazgraczy za wandali albo mało utalentowanych „graczy”.
 
Co można poprzez sztukę osiągnąć, czego innym sposobem osiągnąć się nie da?
 
Lekko już ten temat zasygnalizowałam w naszej rozmowie. Artysta to alarm, budzik, radar, papierek lakmusowy. Twórcy noszą w sobie przedziwne wyczucie przyszłości, wrażliwość na patologie, przewiercają wzrokiem politury, zdzierają fałszywe złote opakowania, prowadzą dyskurs o obszarach tabu. Takiego uwrażliwiania nie nauczy szkoła, gazety musiałyby mieć sto stron, których nikt by nie czytał, społecznicy musieliby pracować społecznie 24 godziny na dobę. Artyści i ich zawody, jak widzisz, uważam za niezmiernie potrzebne. Nie sądzę, by sztuka była używana jako środek zmiany społecznej. Najzwyczajniej w świecie dużo spośród działań artystycznych jest autorem zmiany. To wynika z charakteru twórczości artystycznej, zmiana społeczna jest w niesterowalnym „pakiecie”.
 
Coraz częściej artyści wychodzą z galerii sztuk, organizują plenery artystyczne, zapraszają do współtworzenia „zwykłych” ludzi, a czasami wręcz stwarzają warunki do pracy twórczej innym osobom, a sami patrzą... Na jakiego typu zaangażowanie odbiorcy zależy Tobie najbardziej?
 
Na takim zaangażowaniu, o jakie poprosiłam w „Wybrykach” na Podzamczu. O coś więcej, niż chęć bezpiecznego skonsumowania dzieła oczywistego lub spektakularnego lub niekwestionowanie ładnego w formie.  „Wybryki” były skromne i ominęły obszar piękna, bo nie artystyczna masturbacja twórczyni – estetki była ich tematem. Czujność, wyobraźnia i myślenie, zaangażowanie w zrozumienie definicji, jakie stawiam w miejscach, w jakich ingeruję – tego bym oczekiwała. Poczucia humoru, przestrzeni dla ironii, nie tylko odczytywania poziomów dosłowności i odzwierciedleń w skali 1:1. I oczekuję tego zarówno w awangardowym street arcie, jak i w klasycznych przestrzeniach teatralnych widowni.
 
Czy Twoja obecna działalność artystyczna jest tylko i wyłącznie zaangażowaną społecznie?
 
Mocne sformułowanie, nie myślę o sobie w taki sposób! I nie, przykładowo moje serie scenograficzne to czyste poszukiwanie formy i autonomii języka wyrazu.  Zresztą scenograf akurat działa na konkretne zlecenie i jeśli reżyser ma inne zainteresowania niż sztuka zaangażowana, to plastyk teatralny nie ma powodów wchodzić na teren krytyki społecznej. Chcę też zaznaczyć, że artysta to nie tylko aktualne, najświeższe dzieło. Twórca to biogram. Patrząc na znajomych artystów – starszych, lepszych, wybitniejszych, doświadczonych, widzę, że można określać ich charakter artystycznej tożsamości najwcześniej po parunastu latach ich pracy. Bo człowiek prawdziwie twórczy i utalentowany to też eksperymentator, nowator... To ja jeszcze muszę długo poczekać, aż się tak mocno podefiniuję.

 

Autor: 
Kamil Rzechuła